europe


„Szalona blondynka w której żyłach płynie benzyna, mała „125” przypominająca motorower, a nie rasowy motocykl turystyczny i trasa sięgająca 12 000km!!”

Tak w skrócie można opisać wyprawę Riding Across Europe jaką Weronika Kwapisz zrealizowała w 2011 roku. Zapraszamy do przeczytania skróconej relacji tej motocyklistki z jak mówi przygody jej życia.

Trzy lata temu wyruszyłam w swoją pierwszą zagraniczną podróż motocyklową. Wyprawa okazała się „wyskokiem” na kawę do Włoch, gdzieś pod Wenecją zawładnęło mną marzenie; „A czemu by nie zobaczyć europy z siodełka motocykla?” I tak po dodaniu wszystkich punktów na mapie, które chciałam przemierzyć jednośladem od Rumunii, Albanii po Gibraltar i Portugalię wyszedł do pokonania dystans 12 000 km.
Po wytyczeniu trasy rozpoczęłam poszukiwania motocykla. Rozmawiałam z kilkoma producentami, lecz tylko marka Suzuki uwierzyła w marzenie drobnej motocyklistki. Wybór padł na Suzuki VanVana (125cc; 12 KM) motocykl o klasycznej, nostalgicznej linii. Podróż dookoła Europy na tak małym motocyklu? Faktycznie przy V-Stromie, Banditcie czy GSie motocykl ten wygląda niepozornie, ale czy do realizacji marzeń nie wystarczą po prostu „dwa kółka”? Za sprawą tej wyprawy chciałam udowodnić, że liczy się tylko pasja.

Mając wsparcie techniczne tego japońskiego potentata motocyklowego potrzebowałam jeszcze tylko bratniej duszy do wspólnej podróży. Lata jazdy w klubie motocyklowym sprawiły, że podróż nawet w najmniejszej grupie wydawała mi się przyjemniejsza oraz co ważniejsze bezpieczniejsza. A gdy podróż się kończy to w duszach uczestników dalej trwa, bo mamy, z kim dzielić się wspólnymi wspomnieniami. Poszukiwania wcale nie były łatwe, większość moich znajomych motocyklistek nie mogła zdecydować sie na taką podróż ze względu na pracę, uczelnię lub inne zobowiązania. W tamtym okresie nie wyobrażałam sobie samotnej jazdy, dlatego zaczęłam szukać w internecie kogoś, kto odważyłby się wyruszyć w tak odległą podróż. Na portalu motoryzacyjnym motocaina.pl znalazłam relację innej motocyklistki, postanowiłam się do niej odezwać. Od słowa do słowa rzuciłam hasło, a co byś powiedziała na podróż dookoła europy, początkowo podchwyciła pomysł, lecz tydzień za tygodniem uciekał, a ja cały czas nie znałam jej decyzji. Początkowo start planowałam na początek wakacji, lecz wszystko wskazywało na to, że nie wystartuję wcześniej niż we wrześniu. W krajach południowej Europy sezon można by rzec trwa cały rok, natomiast chciałam uniknąć śniegu w Rumunii, Niemczech czy w Polsce.
Karolinę poznałam w dniu wyjazdu, nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy można by rzec całkowite wariactwo. Ciągle od znajomych słyszałam: „To ty tej drugiej osoby na oczy nie widziałaś i chcesz z nią na drugi koniec Europy jechać?!”. Marzenie było tak silne, że nie zwracałam uwagi na obiekcje otoczenia. Wystartowałam z Karoliną 04 września 2011.
Wyprawa rozpoczęła się od wizyty w obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. Miejscu przygniatającym swoją wielkością na 140 hektarach jak podają nieoficjalne statystyki zostało zamordowanych ok. 2-5 mln ludzi. Dotarło do mnie, jakie mam szczęście żyć w wolnym kraju, w którym mogę realizować swoje marzenia. Ludzie tam przetrzymywani mieli tylko jedno – „Przeżyć.”.

Przez Słowację oraz Węgry dostałyśmy się do Rumunii. Kraju, o którym słyszałam wiele: „Uważaj na złodziei!!”, „…dzieci będą grzebać tobie w kieszeniach”, „okropne drogi”, „chrzczone paliw”. Dla mnie Rumunia okazała się przepięknym krajem zamieszkiwanym przez przesympatycznych ludzi. A plotki… no cóż można je wsadzić między bajki o białych niedźwiedziach polarnych chodzących po ulicach Warszawy. Wielu miejscom na świecie łatwo jest przylepić łatkę opartą na stereotypach, którą ciężko jest później odczarować. Przemierzając ten kraj z każdym zakrętem odkrywałam jego piękno. Trasa Transfogarska była wisienką na tarcie. VanVan całkiem dobrze spisywał się na serpentynach oraz stromych wzniesieniach pomimo swojej małej pojemności.
Jeśli, ktoś kocha nieśpieszną, sielankową jazdę motocyklem zdecydowanie powinien odwiedzić ten kraj, gdyż z pewnością odpocznie tutaj chłonąc piękno natury.

Następnym punktem na trasie była Bułgaria. Kraj Złotych Piasków, lecz podczas tej wyprawy skupiłam się na wschodniej części mniej znanej turystycznie, która czarowała swoimi pejzażami. Jednak na każdym zakręcie trzeba było uważać. W Rumunii większość kierowców jeździła bardzo szybko, co było standardem. Ale w Bułgarii obowiązywała „wolna amerykana”, kierowcy poruszali się bardzo chaotycznie, nigdy nie było wiadomo, jaki ruch, kto wykona i czy przypadkiem nie będzie chciał wymusić pierwszeństwa. No i drogi…, czasami bardzo odbiegające od polskich standardów. Nie polecam jazdy po zmierzchu, ja niestety złamałam to przykazanie podróżników i momentami musiałam się ratować cyrkowymi manewrami, aby nie wpaść w dziurę na środku drogi. Po wizycie w Bułgarii przyszedł czas na Macedonię, o której słyszałam wiele, najczęściej niepochlebnych opinii: o rabunkach, wycinaniu narządów na handel oraz innych historii iście makabrycznych. Lecz coś w duszy mówiło mi, że muszę koniecznie zobaczyć to miejsce. I przyznam szczerze, że cieszę się, że odwaga zwyciężyła. Kraj ten okazał się jednym z najmilszych zaskoczeń podczas całej podróży. Płaskie jak stół drogi, przemili ludzie, diabelsko tanie owoce oraz warzywa. Czego chcieć więcej nad jeziorem Ochrydzkim otoczonym wzgórzami?

Kolejnym przystankiem na szlaku Riding Across Europe była Albania. Kraj, który wywarł na mnie ogromne wrażenie. Po przejechaniu w życiu kilku bajkowych tras myślałam, że nic nie będzie mnie wstanie zaskoczyć, jednak bardzo się myliłam. Trasa z Elbasan do Tirana jest po prostu boska. Pełna winkli, przepaści niezabezpieczonych barierkami oraz starych Mercedesów. Do tego kozy chadzające po jezdni oraz małe straganiki ze specjałami miejscowych. Droga ta ma niesamowity klimat, czego może jej pozazdrościć Trasa Transfogarska (Rumunia) czy Droga Trolli (Norwegia). Jeśli chodzi o ludzi zamieszkujących to państwo no cóż nie brakowało trąbienia, pogwizdywania na widok dwóch blondynek przemierzających ten kraj motocyklami, co ciekawe w bliższym kontakcie naród ten jest bardzo zamknięty oraz z dystansem traktuje obcych.
Gdy dotarłyśmy do Czarnogóry poczułyśmy ulgę, gdyż z powrotem znalazłyśmy się w kraju, gdzie ludzie spoglądali na nas z uśmiechem, a nie podejrzliwością. Nie wspominając o temperaturze, która spadła z ekstremalnego pułapu 45°C do bardziej ludzkiej.

Z Baru wypłynęłyśmy promem do Bari. Zawsze marzyło mi się zobaczenie południowych Włoch, które okazały się jednym z większych rozczarowań. Bród, pełno śmieci i tysiące prostytutek „na stanowiskach” z parasolami coca-cola czekających na klientów. Nie tak wyobrażałam sobie tę część europy!!
Co ciekawe, im dalej jechałyśmy na północ tym bardziej ten kraj wydawał mi się atrakcyjny. Takie regiony jak Molise, Abruzja, Umbria czy Toskania sprawiają, że chcesz się zatrzymać, aby ta chwila trwała wiecznie. Ludzie we Włoszech są bardzo żywiołowi oraz pozytywnie nastawieni do życia „la dolce vita” – takie podejście do życia sprawia, że cieszą się każdą chwilą i to się udziela!

Po Włoszech przyszedł czas na Francję. Droga przebiegająca wzdłuż Lazurowego Wybrzeża od Genui do Nicei czarowała swoim urokiem. Po jednej stronie góry, po drugiej morze. Przy takich atrakcjach nawet zmęczenie schodziło na dalszy plan.
W Nicei Karolina postanowiła zrezygnować z dalszej kontynuacji podróży.
Zostałam sama ze swoim marzeniem. Początkowo miałam obawy przed samotną wędrówką, bo do przejechania zostało mi 8 000 km, lecz pierwsze kilometry uświadomiły mi, że jeśli nawet ruszamy solo to i tak nigdy nie jesteśmy sami, gdyż wtedy bardziej otwieramy się na otoczenie, a ono bardzo pozytywnie potrafi nas zaskoczyć. I tak pewnego dnia spędziłam noc w starym blisko 200 letnim domu położonym w Prowansji, który otoczony był wielkimi cyprysami, krzewami tak charakterystycznymi dla tego regionu. A wszystko dzięki pomocy pary francuzów, którzy przygarnęli mnie pod swój dach. Takich magicznych spotkań było wiele podczas mojej podróży, ludzie wyciągali dłoń w najmniej oczekiwanych momentach zmieniały się tylko języki oraz granice. I to jest piękne w podróżach motocyklowych, gdyż pokazują, że w dobie budowania zamkniętych osiedli, które sprzyjają alienacji jednak, jesteśmy otwarci.

Hiszpania zauroczyła mnie z kolei cudownymi miastami, wspaniałymi ludźmi oraz boskimi trasami. Od Pirenejów po takie miasta jak: Barcelona, Walencja, Marbella, Sewilla czy San Sebastian. Każde inne, każde bardzo kolorowe dzięki jego mieszkańcom. Kraj ten żyje dwadzieścia cztery godziny na dobę, noc przeplata się z dniem, a dzień z nocą miasta tętnią życiem. Ludzie lubią spędzać wspólnie czas przy szklaneczce regionalnego alkoholu oraz wyśmienitych Tapas (przekąskach).

Zupełnie inna jest Portugalia. Faro znane z jednego z największych zlotów w Europie poza sezonem rozczarowuje brakiem klimatu. Wszystko w porównaniu do Hiszpanii jest skromniejsze. Ludzie również żyją oszczędniej, nie powinien nikogo dziwić fakt, że jeśli zjawisz się w mniejszej miejscowości to knajpa po godzinie 22 będzie zamknięta. Natomiast Portugalia oczarowuje dziewiczymi plażami, skalistymi klifami (bajkowe Capo de Roca) oraz trzema magicznymi miastami Lizboną, Sintrą oraz Porto.

Następnie na mojej trasie była centralna Francja (dolina Loary) oraz Luksemburg. To idealne miejsca do wycieczek motocyklowych. Warto jest tam zabłądzić, nigdy nie wiadomo, jaka niespodzianka będzie na nas czekać za kolejnym zakrętem. Czy będzie to wielki zamek, stara karczma, a może bajkowa droga przebiegająca tuż nad rzeką. Szkoda tylko, że kraj ten ma tak wysokie ceny paliw. Momentami cieszyłam się bardzo, że spalanie mojego VanVana oscylowało w przedziale 2,1-2,6l /100km.

Belgia oraz Holandia okazały się perełkami na moim szlaku. W Brukseli oraz Amsterdamie warto spędzić trochę więcej czasu, aby poczuć klimat tych miast i spróbować ich wyjątkowych specjałów (w Belgii koniecznie skosztujcie pralinek czekoladowych!!), a kto wie może i zintegrować się z lokalnymi mieszkańcami.

Niemcy powitały mnie cchłodną deszczową aura, niestety jazda w burzy i przy gradobiciu nie jest najprzyjemniejszą rzeczą… szczególnie, gdy temperatura spada do 3-4˚C. Na całe szczęście atmosfera w Berlinie była zdecydowanie gorętsza i widok Bramy Brandenburskiej sprawił, że uświadomiłam sobie, że wszystko, co dobre, szybko się kończy. I moja podróż także dobiega końca.

Poznań był ostatnim przystankiem Riding Acorss Europe. Po raz pierwszy byłam w tym mieście, miejsce to uzmysłowiło mi jak bardzo Polska się rozwija, jak piękny mamy kraj, z którego powinniśmy być dumni.

Wyprawa Riding Across Europe była spełnieniem moich marzeń, w każdym kraju, przez który przejeżdżałam poznałam wyjątkowych ludzi, którzy po części tworzyli tą podróż. Dotarło do mnie również, że nie ważne, jaki kierunek obierzemy; czy to będą egzotyczne, nowoczesne czy zabytkowe miejsca – motocykl nawet ten najmniejszy, taki jak Suzuki VanVan sprawi, że pokonując kolejne kilometry przeżyjemy wiele wspaniałych przygód, które przez lata będziemy później wspominać…

PODSUMOWANIE:
Długość trasy: 12 000km
Czas trwania: 48 dni
Ilość zużytego paliwa: 288 litrów
Cena paliwa: 4.99 (Polska) – 7.30 (Holandia) zł/litr
Koszt noclegów od osoby: pensjonaty (20-30 euro), hostele (12-27 euro), campingi (6.5-24 euro), couchsurfing (free)
Najprzydatniejsza rzecz jaką zabrałam ze sobą: GPS + Grzane manetki
Zbędny gadżet: Statyw pod aparat (ani razu go nie użyłam – zawsze znalazłam jakiś murek, kamień, na którym mogłam postawić aparat, aby zrobić zdjęcie)

 

 

 

 

Właśnie dziś skończyłem czytać twoją książkę… Trochę Mi zeszło ponieważ dawkowałem sobie ją małymi dawkami – z jednej strony to przez wieczny brak czasu z drugiej takimi opowieściami lubię się delektować – jak w trasie – bez pośpiechu…
Kilka lat temu też połknąłem motocyklowo – podróżniczego bakcyla – doskonale wiem jakiej trzeba determinacji żeby spełnić swoje marzenia choć każdy z nas ma inne przeszkody i problemy w osiągnięciu celu…
Gratuluję książki – swietnie napisana… Życzę Ci kolejnych TYSIĘCY kilometrów na dwóch kółkach i kolejnych relacji książkowych
LWG

Jestem tuż po przeczytanie książki, którą udało mi się kupić na warszawskim Moto Expo z dedykacją i……mimo niewielkiej ilości czasu na czytanie po tygodniu książka wciągnięta. Taką literaturę czyta się naprawdę ciągiem. Jak będzie gdzieś pozycja odnośnie Riding Across America to bankowo kupię. Sam pomysł rewelacja, a jeszcze lepsze, że udalo się go zrealizować mimo wielu przeciwności. Gratulację za determinację i wytrwałość. Teraz i ja mam cel na co zbierać pieniądze…. 🙂

Książkę pochłonąłem w 2 dni (syn -10 lat -czyta z dużym zainteresowaniem).
Takie pozycje wyzwalają w człowieku chęć zrobienia czegoś specjalnego, czegoś co sprawi, że poczuje smak życia.
Bardzo dziękuję za tę książkę

Scroll To Top